Wspomnienia są rajem, z ktorego nic nas nie może wypędzić.
                                           
                                               JEAN  PAUL


W tym miejscu chcieli byśmy umieszczać nie tylko krótkie charakterystyki naszych dawnych kolegów ale także opisy zdarzeń, nawet to co nam
wtedy zległo na sercu a czego z różnych względów powiedzieć nie należało.Swoje komentarze możecie nadsyłać na adres Admina albo poprzez użycie zakładki Komentarze wpisać swoje uwagi.




Zapewne powinno sie tu znaleźć miejsce na wiele rzeczy i nie znaczy to że jest to wyłącznie dział gorzkich żali ale rzeczowa ocena,wspomnienia, jakieś anegdoty, zabawne zdarzenia związane z osobą wykladowcy czy wychowawcy,czy wreszcie krytyki pewny zdażeń, zjawisk czy zachowania.W końcu możemy mieć ten komfort zaprezentowania naszych własnych ocen i przekazania swoich odczuć.
Nożyczki Dyrektora Ptaszyńskiego zapewne pamiętać będą wszyscy i chyba tego tematu nie musimy rozwijać ale jest wiele innych zaszłości z którymi wielu z nas chciało by się wreszcie rozstać , wyrzucając z siebie z dawna noszone zadrażnienia.Przykładem niech będzie chociażby uwaga poniższa:




...Pamiętam do dzisiaj np. zdarzenie z mgr Voelkel'em i podartym na strzępy zeszytem.Pamiętam też dodatkowy przedmiot na maturze jaki musiałem zdawać właśnie przez to zdarzenie.Tym niejmniej wciąż żywie dla mgr Voelkela wiele szacunku i uznania za jego wiedzę fachową i pasje łowieckie.W końcu jednak dobrze się stało że powstał w czasach późniejszych kodeks praw ucznia.Gdyby obowiązywał w naszych czasach, zapewne udało by się uniknąć wielu drażliwych sytuacji.
Na maturze natomiast "przedmiot komisyjny" wyszedł bardzo dobrze zaś wiedza z "Administracji i Rachunkowości Leśnej" praktycznie nigdy mi się w działalności zawodowej nie przydała-nawet w czasie kiedy jeszcze pracowałem w lasach...Szkoda było tylko tracić nerwy!

* * *

Z wielkim natomiast rozrzewnieniem wspominam zdarzenie z P Kapturem. Juz po wielu latach po ukończeniu szkoły(pracowalem wtedy w administracji państwowej) w czasie bytności gdzieś w ośrodku szkoleniowym (chyba w Osiekach), natknąłem się na bardzo osobliwe drzewo. Ten gatunek nie był mi znajomy i bardzo mnie zaintrygowal swoim wyglądem.Szczegolnie że wierzchołek wyglądał zupełnie jakby był zwiędnięty. Postanowiłem opisać to drzewo, chyba też dołączyłem w liście do P. Kaptura kawałeczek gałązki i co się okazało? Wszystko w porządku- ten gatunek "tak ma" - to był cyprysik groszkowy - pamiętam do dzisiaj! Tutaj w Vancouver spotkałem bardzo wiele tego typu drzew i już nie miałem wątpliwości że nie usychają one a tak właśnie rosną.
Jerzy Waliszewski
* * *
Wspomnienia Wojtka Paprzyckiego

Tuż przed świętami Bożego Narodzenia-wraz z Zenkiem Orańcem,bylismy na spacerze. Trafiliśmy do lasu gdzieś za Baryczą.W samym środku lasu ,spotkaliśmy małe "oczko", jakie zostaje po spuszczeniu wody ze stawu -w nim pełno ryb(same karpie).Męczyły się i zrobiło nam się ich żal. Co zrobiliśmy? Oczywiscie większość z nich uratowaliśmy wpuszczając je do Baryczy.Kilka-tyle ile zdołaliśmy, zabraliśmy do naszego szkolnego kolegi, który gdzieś tam w pobliżu mieszkał.Był to chyba Tarka.Tam je usmażyliśmy i zjedliśmy z wielkim apetytem.To była wspaniała uczta! Po jakimś czasie-możliwe że już po Świętach, na lekcji matematyki pan Osuch wspomniał że miał wjątkowo postną Wigilię bo karpie,które kolega leśniczy przygotował dla niego ,dziwnym trafem zniknęły.Oczywiście cały czas mówił to spokojnie ale tym swoim suchym tonem... i cały czas rozglądał się bacznie po twarzach kolegów w klasie.Twierdził że wie kto to zrobil i zachęcał żeby się przyznać.Obiecał nie karać a my z Zenkiem nie wiedzieliśmy co robic? Popatrzyliśmy na siebie i w jednej chwili podjęliśmy męską decyzję. Wstaliśmy z ławek. Popatrzył na nas jak by chciał zjeść i wybuchł : ..."tak k..wa myślałem !"
Kary jak zapowiedział nie było ale docinki słyszeliśmy jeszcze długo. Nawet po 17 latach -na pierwszym Zjeździe w Baszkowie - po iluś tam kielichach gdy zapytałem czy nas jeszcze pamięta odpowiedział:..."No jak mam cie k..wa Paprzycki nie pamiętać..." i sam mi to przypomnial. Było niesamowicie sympatycznie że po tylu latach zapamiętał nasze imiona, nazwiska i pewne fakty.Nie on jeden zresztą...Oczywiście wypiliśmy.

Wojtek Paprzycki

                                                            *     *     *     *     *

                                         Wspomina Adam Chmara


W pierwszym roku uczyła nas super babka /te zgrabne długie nogi/języka rosyjskiego Pani Nalewajko.Gdy chodziła po klasie to spadały różne drobiazgi /jak na strzelnicy w czasie odpustu/gumki, pisaki,zeszyty i co tam było na blacie - przy schylaniu był lepszy widok.

                                                              ******


Na lekcji wychowawczej Marysia odczytuje nam oceny jakie otrzymaliśmy na okres a listę w dzienniku kończyli koledzy z Kamiennej Góry."Żelazowski i Żurek z Wami nie mam kłopotu, włącznie ze sprawowaniem od góry do dołu-dostateczny !!!

#######

Na II internacie mieszkając w pierwszym roku graliśmy w karty na pieniądze w sali narożnej /chyba 18/.Raban się zrobił, schowaliśmy karty pod obrus i po kieszeniach ale Bilińskiemu /kier.inter./coś nie gra i myszkuje-jedną kartę /komuś wypadła/ znalazł - wpadka.Wkrótce była wywiadówka.Rodzice siedzą w auli.Dyrektor wyczytuje nazwiska ..., ..., i Adam Chmara - mama i ojciec
się prężą aby było ich widać - "grali w karty na pieniądze"-oklapli.

&&&&&&&

Jurek /Admin/ stwierdził, że nie chodziłem na ryby - fałsz - od początku.
Jako pierwszy na początku drugiego roku sprzeczałem się z dyrektorem Ptaszyńskim, że skoro posiadam aktualną, opłaconą wędkarską kartę młodzieżową P.Z.W.to w czasie wolnym mogę wędkować.Nie trafiały do niego żadne argumenty-nie i koniec.Myśmy i tak na Baryczy i nie tylko wędkowali,sprzęt schowany był w zaroślach.Jak nasi ukochani nauczyciele mieli już ogródki za internatem idąc na ryby zawsze czyściliśmy Voelkelowi grządkę z truskawek-doprowadzało go to do furii.Jak się udało złowić ryby to zaprzyjaźnione kucharki /Walusiakowa/smażyły.

******

Na III lub IV roku klasa A pojmała z naszej B Wicka Kobyleckiego,rozebrali do spodenek i wstawili pomiędzy okno a kratę od strony głównej alei-zmarznięty,żywy posąg stał tam całą lekcję.My w rewanżu ujęliśmy Dymałę i całą lekcję z Marysią Ptaszyńską przesiedział a właściwie przeleżał pod podium w krainie pająków.

$$$$$$

Zostałem ranny przez grę w brydża.Najlepiej było grać w klasie-bo w razie czego - to się uczymy, karty schowane.Umówieni,idziemy na brydża/po ciemku/a te cholerne schody trzeszczą jak diabli,no to przy ścianie,cicho bo nas wychowawca Czesio Sadrakuła dorwie a miał pakamerę na parterze naprzeciwko wejścia do kuchni.Udało się no to szybkim krokiem w prawo teraz w lewo i dup !!! głową w ścianę.Nagle jasno mi się zrobiło,łuk brwiowy rozcięty,krew się lała ale brydż był!Do lekarza nie poszedłem,samo się zrosło - szrama jest do dzisiaj.

######

Zawsze były urocze chwile gdy pytany był Kaziu Mańka.Pamiętam jak Lesiu Voelkel korbił Kazia z gwary łowieckiej,ten biedak coś tam duka,słabo idzie,pomagamy-ale za głośno nie da rady.Feluś już chce mu lufę wstawić ale chce go dobić/stary polowszczyk/."No Kaziu a ogon wilka?" Podpowiadamy "polano",Kaziu coś usłyszał i z miną bardzo mądrą wali "podpalano".Szczwany lis Feluś mówi-"Kaziu,dobrze ale jak ty to rozumiesz?" a Mańka pewny siebie już z miną geniusza-"bo ma taki kolor podpalany".Krzyk Felusia-"siadaj idioto,pała!!!!

 ******
refleksje Grzegorza Kopytka po smierci Staszka Goreckiego
17.03.2008
Przeglądam dość często miejsce na tej stronie, gdzie można napisać coś od siebie. I chociaż minął już jakiś czas, jak dotąd nie znalazło się [oprócz suchego komunikatu ] żadne wspomnienie o zmarłym niedawno Panu Stanisławie Góreckim . Dlatego zdecydowałem się, chociaż to bardzo trudne, napisać kilka zdań od siebie.
Po uroczystościach, będąc na placu parkingowym koło parku w Miliczu, pośród kilkudziesięciu zbierających się do odjazdu absolwentów, usłyszałem z grupy stosunkowo młodych wychowanków Technikum Leśnego [tak na oko czterdziestolatków] słowa; ‘odszedł dobry człowiek’ i drugiego ‘dla mnie był najlepszy’. Potwierdza się, że najprostsze słowa wyrażają najbardziej szczerą prawdę i prawdziwe uczucia.
Jeden z kapłanów, biorących udział w ceremonii [również wychowanek Pana Stanisława ] nad otwartą mogiłą wspominał Jego dobroć, dobroduszność, wyrozumienie dla młodych, stoicki spokój i wielkie oddanie temu co robił. Kochał zawód, szkołę, lasy, łowiectwo a przede wszystkim tych młodych, których setki opuściło Technikum -również, a może najbardziej, wszystkich swoich wychowanków [ w ciągu 39 lat pracy w szkole był opiekunem kilku roczników ].
Chciałem jeszcze od siebie dwa słowa, nawiązując do tego, wspominanego przez wszystkich spokoju Pana Góreckiego. Tak, był spokojny, ale myślę, że okupował ten spokój olbrzymim wewnętrznym napięciem. Skrywał pod nim wszystkie złe chwile, niesprawiedliwość, przykrości, czasem lekceważenie. Ja sam i myślę, że moi rówieśnicy również, mamy w związku z tym swego rodzaju ‘moralniaka’ . W czasach naszej młodości ‘durnej i chmurnej’ , często zdarzało nam się perfidnie tą Jego dobroć i spokój wykorzystywać. Wiem, że przyznać się do tego, to za mało, ale mając w pamięci również te nasze grzeszki , tym bardziej wspominać będziemy Jego dobroduszność wyrozumiałość.
Jeden z wychowanków młodszego rocznika, mój niegdysiejszy podleśniczy, do dziś pracujący w lasach krotoszyńskich opowiadał mi [wybaczcie dosłowność]; - Pan Górecki jako wychowawca nieraz zbierał joby za nasze wyskoki, tłumaczył i umniejszał wagę przewinień i wstawiał się za nas wszędzie, gdzie tylko możliwe.
Taki właśnie był Pan Stanisław i tak Go pamiętają wszyscy, a tych kilkuset uczestników z wielu rejonów kraju, którzy z potrzeby serca i wielkiego szacunku wzięli udział w ostatniej drodze Wielkiego Wychowawcy tylko potwierdza to, o czym ośmielam się myśleć i o czym mówię;
To był Dobry Człowiek
Takim Go pamiętajmy.
Grzegorz Kopytek


...refleksje Grzegorza Kopytka z 08 Czerwca 2008

Niedawne spotkanie z praktycznie obcym człowiekiem, skłoniło mnie do napisania „kilkunastu zdań”. Otóż, będąc jakiś czas temu we Wrocławiu, słowami „ cześć kolego” zaczepił mnie wspomniany wyżej nieznajomy, dodając natychmiast :bo my miliczacy wszyscy jesteśmy kolegami. Dla potwierdzenia tej tezy, przegadaliśmy przy napotkanym stoliku prawie godzinę. Gość jest leśnikiem terenowcem w jednym z przywrocławskich nadleśnictw, ukończył szkołę w Miliczu dobrych kilka lat temu , a na dodatek ojciec jego był uczniem pierwszej klasy, gdy my zdawaliśmy maturę. Poznał mnie, bo przed laty po kursie bhp w Szklarskiej Porębie przyjechał po niego właśnie ojciec, z którym również nie mało czasu spędziliśmy na wspominkach – młody nie brał w nich udziału, ale stamtąd mnie zapamiętał. Piszę tak dużo o tym spotkaniu, bo w czasie rozmowy powiedział coś bardzo dla mnie zaskakującego „ bo wy wszyscy ( miał na myśli kilka pierwszych roczników z nami na czele ) jesteście chorzy na ten Milicz i na to Technikum ‘’. Jego rówieśnicy i cała rzesza późniejszych absolwentów nie traktują wcale tej szkoły jako czegoś nadzwyczajnego – no może trochę wspomnień i zauroczeń, jako że miliczanki były ładne ( i te hormony ). Po prostu kilkuletni etap na drodze zawodowej, potem normalne koleje losów – jak się spotykają to w kilka osób lub przypadkowo, tym bardziej, że znakomita większość rozbiegła się po różnych zawodach i posadach również poza granicami. Przy pożegnaniu powiedział : dzisiaj ciężko pracuję, z pomocą ojca buduję dom, mam rodzinę i muszę dbać o przyszłość dwójki dzieci, chciałbym godnie zestarzeć się z żoną, nie mam czasu na wspomnienia i pieniędzy na zjazdy. Zmroziło mnie trochę bezduszne, choć racjonalne podejście do przeszłości. Uznałem jednak, że można pocierpieć na tą, rozpoznaną przez niego „ chorobę ‘’ , tym bardziej, że jest coś trafnego w jego diagnozie.
Bo chyba rzeczywiście jest chorobą to, że po kilkudziesięciu latach stare chłopy przyjeżdżając do Milicza zawsze odczuwają ten dreszczyk, gdy wszystko chociaż nowe, zawsze widzą oczyma tamtych nastolatków, gdy wszystkie miejsca choć inne, przymierzają do czasu ich tutaj pobytu, gdy na głównej alei zawsze ( choćby to była zima ) pachną rododendrony i pałac odbija się w Młynówce. Również chorobą chyba jest, gdy po przejściu bramy dziedzińca gardło ściska najbardziej zapamiętany widok. Jest wszystko, klomb ze starą fontanną i końmi na cokołach, żywopłoty i ozdobne rośliny w środku ( niektóre z nich sadziliśmy – widać po nich upływający czas ). Cały dziedziniec różni się tylko dodatkowym wejściem do części zabudowań dawnego OTL oraz bogatą, mądrze i fachowo wprowadzoną , dobrze komponującą się z otoczeniem gamą roślin parkowych. Dla nas, nieczęstych tu gości, rzuca się w oczy, taki lekko nieświeży stan elewacji gmachu (wynik nieinwestowania w czasach zawirowań i częstych zmian właścicieli szkoły ) oraz przykry widok poranionych kolumn przy bramie głównej, skąd ordynarnie skradziono postacie nimf i elementów ozdobnych ( tym paniom na cokołach przed laty kolega Stefan Sypniewski zakładał biustonosze – teraz na pewno zdobyłby punkty u „moherowych’’ ). Dziwnie i obco wyglądają tablice informacyjne z nazwą szkoły – dziś trudno byłoby po kolei poukładać ilość i nazwy szkół będących tu po 1998r, ale za to bardzo swojsko wygląda najważniejszy element świadczący o jakiejś z nami więzi. Postać gladiatora na prostym postumencie zaglądająca w okna ukochanej (jak głosi legenda, zamieszkiwała pomieszczenia, gdzie w naszych czasach mieszkali państwo Piotrowscy – wiedział gdzie patrzeć, córki pana Piotrowskiego wyrosły na niezłe laski ). Widział całą historię tego pałacu od czasów hrabiego Maltzana, przetrzymał najazd barbarzyńców dla zabawy strzelających nawet do posągów, widział wszystkie zmiany zachodzące wokół, ale przede wszystkim patronował ( i czyni to do dzisiaj ) naszej szkole od pierwszego dnia jej powstania, i miejmy nadzieję, że przez długie jeszcze lata, witał będzie i pozwalał się fotografować „na szczęście ‘’ wielu pokoleniom młodych ludzi w zielonych mundurkach.
Jeżeli jest ktoś, kto nie ma zdjęcia przy „golasie ‘’, powinien koniecznie naprawić błąd, uzupełniając album nową z nim fotografią w czasie sierpniowego spotkania,
Dalszym potwierdzeniem naszej choroby jest wejście do gmachu szkoły - niby wszystko jak było, ale inaczej i brak niektórych stałych elementów. Nie ma popiersia pani hrabiny w niszy nad drzwiami, nie ma dyżurki służbowego (dzwonkami kieruje automat ), który miał oko na wszystko i zbierał joby za wszystkich, ale najważniejsze, to brak starej ławy przy schodach. Ile na niej nasiedzieliśmy, ilu rodziców na niej napominało swoich rozbrykanych synów, ilu ludzi na niej czekało na przyjęcie przez Dyrektora czy rozmawiało z wychowawcami - dla mnie zniknięcie tej ławy jest tak samo przykre jak pokiereszowana brama wjazdowa z lwem, Potem marmurowe schody i drzwi z napisem „Sekretariat - Dyrektor ‘’ - tutaj zawsze (zazwyczaj z Bogdanem Wiatrakiem ) stajemy „dla oddechu ‘’ i poprawiamy garderobę ( krawat, guziki ), a potem jeden na drugiego patrzy zachęcając do zapukania. Ludzie - minęły dziesiątki lat, zmieniła się obsada, nie ma nikogo kto by nas pamiętał,przebudowano wystrój tych pomieszczeń, a my dwa wapniaki zawsze mamy jednakową tremę i ciarki na plecach, Jasiu Osuch wynalazł inną metodę : „zanim wejdę do sekretariatu, przechodzę przez korytarz, gdzie wiszą zdjęcia absolwentów z dziesięcioleci, i dopiero po takim odreagowaniu wchodzę i próbuję załatwić sprawę ‘’.
A już w gabinecie młody, rzutki Dyrektor (również jeden z absolwentów Technikum ) bardzo poważnie traktujący nasze zabiegi związane z organizacją Zjazdu, przy okazji częściowo zapoznaje nas z kłopotami, jakie ma szkoła w tych mało spokojnych czasach. Widać, że bardzo zależy mu na wyprostowaniu zaszłości związanych z nieuregulowanymi ( jak wszędzie w Ojczyźnie naszej ) sprawami własnościowymi obiektów szkolnych, szczególnie nowego internatu, do którego roszczą sobie prawo miejscowe organizacje samorządowe ( z racji tego, że są właścicielami gruntu, na którym został wybudowany no i częściowo poniesionych kosztów zakończenia budowy w czasach, gdy szkoła „wypadła ‘’ z resortu leśnictwa). Dziś, gdy znowu jest placówką Ministerstwa Leśnictwa, sprawa ta nabrała szczególnego charakteru - miejscowi nie chcą oddać internatu łaskawie go „użyczając ‘’, a resort nie chce inwestować w szkołę nie będąc jego właścicielem. A bez internatu szkoła nie ma racji bytu - widać po tym wszystkim, że pan Dyrektor nie ma łatwego życia i będzie musiał być niezłym dyplomatą, żeby ujarzmić te żywioły, Przykładem tej dyplomacji jest wymuszona zgoda na organizowanie przez miasto ( czy powiat ) „ Dni Karpia’’, jako że tereny szkolne właśnie upatrzono sobie na te festyny - a to na dziedzińcu przed pałacem bo klomb dobrze kadrował się w dwuminutowej relacji w Telewizji Regionalnej, a to na terenie stadionu, gdzie po wejściu olbrzymiej ilości ludzi, płytę boiska trzeba było doprowadzać do porządku kilka tygodni - zgroza.
Jak już jestem przy stadionie, znowu wspominki. Wszyscy pamiętają straszliwą pracę, jaką włożyliśmy w przygotowanie miejsca, a potem w samą jego budowę (Stasiu Walkowiak omal życia nie stracił, gdy patrząc na popękane od łopaty dłonie skomentował „ prędzej tu będzie staw z rybami niż boisko ‘’). Nie do uwierzenia prawie jest fakt, że część olbrzymich dębów ścinaliśmy a wszystkie na pewno przecinaliśmy piłami ręcznymi - ciekaw jestem, jakby to było, gdyby wówczas istnieli ekolodzy i chciałoby im się przypinać do ścinanych przez nas drzew ( chociaż z dzisiejszej perspektywy, miejsce to z ekologicznego punktu widzenia nie było wybrane najszczęśliwiej ). Tu apel : u któregoś z kolegów ( Świerczek , Mularski lub Szczap ) powinna być fotografia przedstawiająca kłodę dębu wciągniętą na Pragę, której rozmiary były równe rozstawowi kłonic tego pojazdu - chciałbym ją odnaleźć. Z przyczyn już wcześniej wspomnianych, na samym stadionie, a przede wszystkim w jego otoczeniu widać solidne zaniedbania.
Patrząc na wszystko co napisałem, dochodzę do wniosku, że gdyby w Miliczu rzucić kamieniem, to o każdym miejscu gdzie spadnie, można by napisać wspomnienie i dlatego chyba nie zrugałem wspomnianego na początku kolesia z Wrocławia, który potraktował nas po doktorsku - chyba jednak rzeczywiście jesteśmy uczuleni na te miejsca.
Trochę na usprawiedliwienie tej przypadłości przytoczę fragment jednego z myśliwskich opowiadań R. Bratnego. Otóż dwaj starsi myśliwi podczas polowania na słonki w okresie rozbudzającej się wiosny, ze zdumieniem uznali, że za najpiękniejszą wiosnę swojego życia uważają tą, przeżytą w najdalszej przeszłości na syberyjskim zesłaniu, Potem dopiero zrozumieli, że zauroczenie tamtym czasem nie wynika z okoliczności w jakich się znaleźli, ale z faktu, że wówczas mieli po 17 i 18 lat. Myślę, że my również w podobny sposób traktujemy naszą młodość i dlatego nie ukrywajmy wspomnień o tamtych czasach i tamtych miejscach - czasem można się nimi podzielić,
Grzegorz Kopytek
                                                                                 

załączamy treść listu jaki nadesłał syn Jurka Sobańskiego -Michał:

Link podany w imieniu ulatwi Wam wysłanie korespondencji do Michala-wystarczy kliknąć

" Witam,
nazywam się Michał Sobański, jestem synem Waszego zmarłego kolegi - Jerzego.
Dzisiaj pożegnaliśmy Tatę. Żal ogromny, ale mamy nadzieję, że spotkał
się tam, na Górze z nieżyjącą już od ponad 6 lat Mamą. Tato zmarł po
ciężkiej chorobie w środę, 3 grudnia.
Na pogrzebie nie mogło oczywiście zabraknąć przedstawicieli Braci
Leśnej. Nie przesadzę, jeżeli powiem, że na cmentarzu było "zielono" on
mundurów. Specjalnie z Radomia sprowadzono sztandar RDLP Radom, Tatę
żegnał też jego serdeczny przyjaciel - Pan Wiesław Kulesza.
W mowie pożegnalnej, Nadleśniczy Nadleśnictwa Włoszczowa - Pan Artur
Ratusznik powiedział o Tacie i Mamie: "ich cząstka szumi we
włoszczowskich lasach". Ja wiem, że nie tylko włoszczowskich. Mam
nadzieję, że i Wy, przyjaciele mojego Taty, usłyszycie jego cząstkę w
Waszych lasach.
Kilka miesięcy temu, gdy Tato był już poważnie chory, otrzymał
zaproszenie na zjazd absolwentów Waszego Technikum. Widać było, że z
ogromnym żalem, ale schował kopertę głęboko do szuflady. Nie mógł się z
Wami już spotkać. I już się nie spotka.
Nie jestem leśnikiem, ale sentyment do zielonego munduru pozostaje.
Dlatego też, Darz Bór Wam, przyjaciołom mojego Taty. I proszę Was,
wspomnicie go czasem podczas Waszych spotkań. Bo naprawdę fajny był z
niego facet...
Pozdrawiam, Michał Sobański z Rodziną "

                                                                           

Człowiek żyje tak długo jak długo żyje pamięć o Nim. I choć nie każdy tworzy wielkie dzieła, to każdy tworzy historię. Choćby naszą Technikum Leśnego w Miliczu.          By pamięć ocalić od zapomnienia trzeba sie dzielić z innymi. W dniu 24.02.2009 r. minela I-sza rocznica śmierci Stanisława Góreckiego, który po zmaganiach z ciężką chorobą odszedł do Krainy Wiecznych Łowów. Nauczyciel i wychowawca wielu pokoleń młodych leśników opuszczających mury Technikum Leśnego w Miliczu.          Skromny i etyczny myśliwy, miłośnk przyrody, przyjaciel.Wspominamy Cię drogi nasz nauczycielu i przyjacielu Stanisławie w zadumie, szacunku i refleksji nad przemijaniem doczesności. Niech wiatr grający w konarach drzew lasów milickich, które razem z nami sadziłeś przyniesie Ci odgłos rogu, huk strzelb, psów granie i nasze o Tobie Staszku Wspominanie. Niech Ci knieja którąś tak umiłował, wiecznie szumi nad Twoją mogiłą a św. Hubert poprowadzi w Krainie Wiecznych Łowów.                   Tą drogą pragnę w imieniu kolegów, byłych pierwszych absolwentów Technikum Leśnego w Miliczu rocznik 1963 - 1968 złożyć rodzinie zmarłego serdeczne wyrazy współczucia. Pamięć o Staszku pozostanie na zawsze wśród nas.

 Adam Adamski

                                                                                  

                                       Jako prawie równolatkowie, wszyscy zdajemy  sobie sprawę z coraz większej szybkości upływającego czasu -  dni, tygodnie i lata umykają tak szybko, że strach oglądać się za siebie

Dlatego coraz częściej łapiemy się na wspominaniu minionego czasu, przeżytych sytuacji a przede wszystkim ludzi.

Za kilkanaście dni ( 16.marca) minie już pierwsza rocznica śmierci Pana mgr. Inż. Janusza Kaptura, człowieka spokojnego, skromnego, w jakiejś cichej pokorze wypełniającego swoje nauczycielskie powołanie w naszym milickim Technikum.

Pamiętam to spokojne, leżące na granicy Wielkopolski i Kujaw miasteczko -  Trzemeszno, gdzie wraz ze sporą   grupą  Miliczaków  (delegacje ze Szkoły i Nadleśnictwa ), nauczycielami i gromadką byłych absolwentów ( z naszego rocznika również ) żegnaliśmy Pana Kaptura.  Smutna, skromna uroczystość,  

rodzina ze zdziwieniem  obserwująca tak dużą ilość  „obcych’’ jej uczestników, którzy  zielenią mundurów i myśliwską oprawą  (sygnaliści ze szkoły dali popis  grając odpowiednie sygnały łowieckie

tak w czasie ceremonii kościelnych, jak i potem nad mogiłą zmarłego nauczyciela)  nadali szczególny charakter tej ostatniej posłudze, jaką oddaje się człowiekowi zacnemu i dobrze pamiętanemu.

Gdy nad otwartą mogiłą, w obecności małżonki Pana Janusza i wszystkich zebranych żałobników przemówił staruszek, były nauczyciel z Goraja, od kilkudziesięciu lat będący w zażyłej przyjaźni

ze  zmarłym,  opowiadający historię i szczegóły tejże przyjaźni oraz fragmenty wspaniałego 

i bogatego życiorysu,  wówczas  zdaliśmy sobie sprawę, że odszedł człowiek dobry, uczciwy i wielki

patriota.

Stojąc nad grobem Pana Janusza Kaptura zrozumiałem, że właściwie mało Go znaliśmy. Uczył nas

niedługo, bywał z nami  czasem na zajęciach praktycznych, niezbyt pamiętam okres Jego  wychowawstwa w internacie. Bardziej znaliśmy opowiadania o Nim  kolegów z młodszych roczników,

których był wychowawcą i nauczycielem większej ilości przedmiotów  -  pamiętam rozmowę

z Józiem Maślanką bardzo ciepło i z szacunkiem wspominającym wychowawstwo Pana Kaptura

w jego klasie.

Najwięcej dowiedzieliśmy się o Panu Januszu od Niego samego na zjeździe absolwentów

w  roku 2003. Mamy na taśmie filmowej uwiecznionego, starszego człowieka wspominającego

szczegóły z bogatego życia. To stąd wiemy o czasach młodości w Trzemesznie, okresie studiów

i kolejach pracy zawodowej. Tu wspomina o czasie wojny, swoim zaangażowaniu w walce z reżimami,

o udziale w organizacjach i okresie powojennych zmagań z  ówczesną rzeczywistością. Wspominając

pracę nauczycielską w szkołach leśnych, mówił o sobie bardzo skromnie  mimo, że tak w Goraju

jak i w Miliczu o tym okresie mówi się z wielkim uznaniem,

Z czasów szkolnych do dzisiaj mam w pamięci parę, przechodzącą dziedzińcem lub aleją przed pałacem na spacerze lub w drodze do kościoła  -  Pan Janusz w czapce z daszkiem, Pani Paula

w dużym, oryginalnym kapeluszu, zawsze bardzo blisko siebie, zawsze zajęci rozmową. Widać było

zgodne, godnie starzejące się małżeństwo zajęte sobą, wykonywaną przez siebie pracą,  aktywnie biorące udział we wszystkim, co aktualne w tym małym szkolno – milickim środowisku.

Pani Paula  ciężko chorując przeżyła męża tylko o kilka miesięcy  -  zmarła 16 listopada 2008r.

 

Znamy wszyscy zamiłowanie Pana Kaptura do działki  -  niejeden z nas w czasach „durnych

I chmurnych” kosztował truskawek i innych fruktów na niej uprawianych   „zapominając” spytać właściciela o pozwolenie.

Innym  „konikiem” Pana Janusza był jak to się dzisiaj mówi,  „kultowy garbus”  -  samochód wiele lat

służący Państwu Kapturom we wszelakiego rodzaju rozjazdach, naprawiany w przyszkolnym warsztacie, zawsze zadbany i prawie zawsze na chodzie. Skąd inąd wiem, że po latach pojazd ten odkupił nasz kolega z klasy Marek Górny, użytkował go wiele lat i odsprzedał krewnemu

aż w Gdańsku, gdzie prawdopodobnie dożył swoich dni.

Najbardziej znana była wszystkim jego pasja pszczelarska, W pasiece spędzał większość wolnego czasu a gruntowna znajomość wszystkich arkanów wiedzy o pszczołach, miodach, barciach

I pasiekach, znana była wśród fachowców i członków towarzystwa, do którego należał  -  pamiętam

na  pogrzebie sztandar jednej z takich organizacji.

 

Po latach, solidnie rozbudowaną pasiekę przewiózł do sadu w leśnictwie Zwierzyniec w Cieszkowie,

gdzie  leśniczym był, wspomniany wcześniej, od lat nieżyjący nasz kolega z klasy Marek Górny.

To tam właśnie u Marka kilkakrotnie spotkałem się z Panem Kapturem, tam mając więcej czasu rozmawialiśmy o czasach naszego pobytu w szkole (nawet plotkowaliśmy ) i o aktualnościach życia

codziennego. Tam poznałem  Go jako ciepłego, życzliwego i doświadczonego człowieka. W czasie

jednego  z tych spotkań  „obdarował” moich kilkuletnich synów pokaźnymi plastrami miodu, którymi

smyki  zajadali się łapczywie nie bacząc na świąteczne odzienia, nad którymi ręce załamała żona,

gdy wróciliśmy do domu. Po śmierci Marka jakoś naturalnie skończyły się te spotkania  -  nawet

nie wiem gdzie przeniesiona została pasieka.

Jeszcze kilkakrotnie spotkałem się z Państwem Kapturami, ale były to spotkania przypadkowe

( najczęściej podczas zakupów w Krotoszynie, gdzie dość często przyjeżdżali ) i kończyły

się  po kilkuminutowych , luźnych rozmowach.  Ostatnie, „wirtualne” już spotkanie, to wspomniane  nagranie rozmowy z Panem Kapturem podczas jednego z naszych zjazdów.

Kiedy wspominam o tym wszystkim, bardzo trudno pogodzić się zmyślą, że od roku nie ma Go już

wśród żywych i nie spotka się nigdy tego ciepłego i rozumnego człowieka.

Myślę, że wybaczycie mi taką nieumiejętną i mało zwięzłą pisaninę  -  nie potrafię o takich sprawach

mówić ani pisać bez emocji, dlatego proszę na koniec o wspomnienie czasem Pana Janusza  Kaptura.

To był dobry człowiek i takim Go pamiętajmy.

 

Grzegorz Kopytek

15.02.2009

Powered by Website Baker